Prorok Codzienny



Prorok Codzienny (26.05)

Zapraszamy do czytania finałowego rozdziału naszej historii.
Mamy nadzieję, że wam się spodoba. Cóż było ciężko, bardzo... Pół roku minęło... Ale w końcu jest.

Enjoy!

Dla wszystkich ciekawych dusz.
Chciałabym potwierdzić informację, że przed nami jeszcze epilog opowiadania. Mam nadzieję, że nie zapomnicie o nas i wpadniecie przeczytać, co dalej stało się z Dorcas, Syriuszem i Olivią.

Anaisse.

__________

Tak jakby kogoś interesowało...
www.boska-interwencja.blogspot.com
Zaczynam nowe opowiadanie. :)
Mam nadzieję, że chociaż z kilkoma z Was spotkam się `tam`.
Pozdrawiam,
Wasza Anaisse.

Liczba wyświetleń

niedziela, 26 maja 2013

22 - Jak gałązka oliwna...

Pobudki we Wrzeszczącej Chacie dawniej były dla nas codziennością. Zdarzało się, że spaliśmy zbyt długo i spóźnialiśmy się na zajęcia, z których zwolniony był przecież tylko Remus. Jednak do tej pory ani razu o poranku nie zaskoczyła nas myśl, że za dwie godziny jeden z nas się żeni.
- Syyyriusz - obudził mnie skacowany głos Jamesa. - Syyyyriusz!
Łeb nawalał mi jak nigdy, ciche wołanie Rogacza było dla mnie niemal wrzaskiem.
- Co? - spytałem nieco ochrypłym głosem. Zły znak prawdopodobnie poprzedniego dnia darłem się bez opamiętania.
- Ciszej błagam - zaskomlał Remus, obudzony podobnie jak ja wołaniem Jamesa. - Apsik!
Lunatyk kichnął tak głośno, że śpiący do tej pory Glizdogon aż podskoczył.
James próbował coś powiedzieć, jednak zagłuszył go wrzask Petera:
- Moja ręka! Spójrzcie co się stało z moją ręką! - ręka Pettigrew była cała w zakrzepłej krwi, jak przez mgłę przypomniałem sobie wczorajszą gre w Quiddittcha.
- Pokaż, niech to obejrzę - mruknął Remus, gestem przywołując Glizdogona do siebie. Ten ostatni niezgrabnie wstał i poczłapał w stronę kolegi. Przestałem jednak zwracać uwagę na tę dwójkę, kiedy James potrząsnął mnie za ramię.
- Która jest godzina? - wychrypiał tuż nad moim uchem. Wzdrygnąłem się. Podniosłem głowę, by zobaczyć przerażenie w jego oczach. - Która jest godzina?! - powtórzył podnosząc przy tym głos.
- Bo ja wiem - odburknąłem zdziwiony. - Z okna chyba widać miejski zegar, sam sprawdź.
Mój mózg funkcjonował na nieco opóźnionych obrotach. Nie bardzo rozumiałem dlaczego James tak się przejmuje godziną. Przecież nie raz zdarzało nam się spóźnić w jedno, czy drugie miejsce. O co ten cały raban.
James za moją radą wstał i przez szparę między deskami, którymi było zabite okno, wyjrzał na zewnątrz.
- DZIEWIĄTA!!! - wrzasnął, tak jakby miało to jakieś znaczenie. Remus oderwał wzrok od krwawiącej ręki Glizdogona i podobnie jak ja spojrzał na Rogacza z zaciekawieniem. - Nie patrzcie tak na mnie! ZA DWIE GODZINY ŚLUB!!! A ja jestem w totalnej rozsypce - dodał, a wtedy wszystko dla nas nabrało sensu. Wczorajszy wieczór kawalerski sprawił, że nieco odpłynęliśmy. Nie byliśmy już przecież uczniami Hogwartu, a w Wrzeszczącej Chacie nie wylądowaliśmy ot tak. Cała wczorajsza popijawa związana była z tym, iż James się żenił.
- O cholera - mruknąłem pod nosem. Na głos jednak powiedziałem. - Dwie godziny to mnóstwo czasu. Damy radę. Remus! - mówiąc to wskazałem na przyjaciela.
- Tak?
- Ty doprowadzisz do porządku Glizdogona i za dwie godziny was widzę w kościele, zrozumiano?
- Tak jest, sir! - odpowiedział, stając przy tym na baczność i salutując. Zupełnie jak mugolscy strażnicy w Londynie, których zdarzyło nam się czasem widywać.
Chwilę potem już ich nie było. Teleportowali się w mgnieniu oka.
- A ty do mojego mieszkania, już! - powiedziałem twardo do Jamesa, który zaczął trząść się jak galareta i powtarzać: "Nie zdążę, nie zdążę".
Chwyciłem go brutalnie za fraki i nie puszczając, okręciłem się wokół własnej osi. Myślałem, że się od tego zrzygam, nieprzyjemne uczucie towarzyszące samej teleportacji, też zbytnio mi nie pomogło. Kiedy po kilku sekundach tortur, znaleźliśmy się przed moim blokiem, James nagle mi się wyszarpnął i zaczął biec w stronę trawnika, po chwili usłyszałem jakże znajomy dźwięk rzygania. Cóż, dobrze wiedzieć, że nie tylko mi teleportacja wydała się nieprzyjemna.
- Skończyłeś już? - spytałem, podchodząc w stronę przyjaciela, kiedy konwulsje ucichły. Rogacz nieznacznie kiwnął głową. - Cóż... W takim razie trzeba działać.
Mówiąc to zaprowadziłem go do mieszkania i wysłałem do łazienki. Sam zaś skierowałem się w stronę spiżarki z której był mi potrzebny pewien eliksir, który pomoże uratować ślub Potterów i doprowadzi Jamesa do stanu używalności. Tak, zgadliście. Chodzi o eliksir na kaca. Spojrzałem przezornie na zegarek

9:10

Dobrze, jest jeszcze czas. O 10 muszę odstawić Jamesa do jednej z salek przed kościołem. Póki co jest czas - uspokoiłem się w myślach. Rozlałem eliksir do szklanek i skierowałem się w stronę łazienki. Drzwi były otwarte, James stał przed lustrem, uporczywie majstrując coś przy włosach. Wyglądało to dosyć komicznie. Włosy Rogacza nie chciały się poddawać dotykowi grzebienia i po każdej próbie ich przygładzenia, energicznie odskakiwały w górę.
- Mogę wiedzieć co ty robisz? - spytałem, ledwo powstrzymując się od śmiechu.
- Układam fryzurę, nie widać? - odburknął niezbyt zadowolony, że ktoś mu przeszkadza. Pokręciłem głową, walcząc z narastającą wciąż ochotą wybuchnięcia śmiechem.
- Zrób sobie przerwę i lepiej to wypij. Nie chcesz chyba zarzygać Lily butów - podałem Rogaczowi  szklankę.  Kiedy wziął ją ode mnie, zauważyłem jak mocno trzęsą mu się ręce. No, no... Niemożliwe. Mój kumpel się denerwuje.

Jakiś czas później staliśmy już w miarę ogarnięci przed kościołem. Ba! Byliśmy nawet przed czasem. A to ci niespodzianka. Huncwot to jednak potrafi. Skierowaliśmy się w stronę salek. Na miejscu okazało się, że już możemy się rozgościć w salce przeznaczonej dla pana młodego i jego drużby, którym naturalnie zostałem ja. Trudno, żeby było inaczej, prawda? Nie. Ja wcale nie mam o sobie zbyt wysokiego mniemania. To wam się zwyczajnie tak wydaje. W każdym razie, wracając do tematu, okazało się, że Lily, Judith i Dor zajmowały już swój pokoik od ponad godziny, więc co szkodziło nam być kilka minut przed czasem. Przygotowań nie będę opisywał. Jestem w końcu facetem, tak? Nie kręcą mnie takie rzeczy, bez przesady. Powiem tylko tyle, iż James dorwał się do czekającej na niego pianki do włosów, czy cholera jedna wie co to było i wreszcie zapanował nad swoimi włosami. Skończyło się to oczywiście na tym, że wyglądał hmmm... dziwnie, żeby nie powiedzieć, iż przezabawnie. Ale już mniejsza o to. Nie mój ślub, nie moje włosy, nie moja sprawa.
Chociaż nie, nie mogę pominąć tak zupełnie wszystkiego. Zamieniłem kilka słów z Dorcas... Była to chyba pierwsza nasza rozmowa, a bynajmniej pierwsza normalna rozmowa odkąd mnie aresztowali. Właściwie to sam ją poprosiłem na słówko. Wiedziałem, jak sprawa między nami się układała przez ostatni miesiąc. Było beznadziejnie. Praktycznie nie rozmawialiśmy. Nie chciałem, zepsuć tak ważnego dnia dla Lily i Jamesa tym, że nie umieliśmy się dogadać. Na Merlina, przecież ona została druhną, a ja drużbą. Nie mogło się obyć bez wzajemnej komunikacji i rozmów. Dlatego zaproponowałem Meadowes zawieszenie broni. Tym co mnie zszokowało był fakt, iż wcale nie miała nic przeciwko. Lepiej! Stwierdziła, że wcale mnie nienawidzi, przez co moje serce wykonało kilka niebezpiecznych salt w klatce piersiowej. Ta niedorzeczna reakcja udowadniała mi tylko, że Lily może mieć rację i że nieposkromiony, nieuległy Syriusz Black wreszcie wpadł w zasadzkę, zwaną - czy tylko dla mnie to tak niedorzecznie brzmi? - miłością. No dobra, poetą nie zostanę, ale się staram tak? To się liczy! Ja pierdolę. Staczasz się Black.
Wracając do mojej rozmowy z Dor. Kiedy zarzuciłem jej, iż nie odzywała się do mnie i myślałem, że nie chce mnie znać, powiedziała coś, co... Hm... Szczerze powiem mnie zdziwiło.
"Dobrze wiesz co do ciebie czuję"  Brzmiało to mniej więcej tak. W pierwszej chwili mnie zatkało.
- Dor? Co ty... - chciałem spytać, ale ona zdążyła już uciec. W odpowiedzi usłyszałem tylko trzaśnięcie drzwiami. Stałem przez chwilę w miejscu nie mogąc złapać myśli. Co to właściwie miało znaczyć? "Dobrze wiesz co czuje" Tak! Oczywiście! Jestem przecież takim zasłużonym wróżbitą! Moje wewnętrzne oko po prostu umiera z niecierpliwości, żeby powiedzieć mi co miała na myśli. Ech... Sęk w tym że wróżbiarstwo zaliczyłem tylko dzięki Remusowi, a moje wewnętrzne oko, nawet jeśli istnieje nigdy się nie ujawniło. Dorcas mogła mieć na myśli praktycznie wszystko. Jakiś czas temu Lily stwierdziła w jednej z naszych rozmów, że gdybym dał Dor szanse, otworzyłaby przede mną serce. Czy słowa Meadowes miały potwierdzać tą teorię?
Zakochana Dori, a to numer. Nie spodziewałbym się. Ha! Bujajcie się frajerzy! Dorcas woli mnie od was wszystkich. Hahahaha... Nie no. Ale przecież jest Lucas. Sama mi powiedziała, że woli Lucasa. Z drugiej strony powiedziała mi też, że mnie nienawidzi, a to też nie okazało się prawdą...
Kurwa! Nie ogarniam. Czemu reaguje na to tak niedorzecznie? Miałem ochotę śpiewać, a przecież nie wypiłem jeszcze ani jednego kieliszka.
Zdaniem Lily kocham Dorcas, tak? Hmm... Jeśli to uczucie tak wygląda, to nie dziwie się, że zawsze uważałem że nie jest dla mnie. Usłyszałem kilka słów, które wcale nie muszą jeszcze nic oznaczać, a już mam ochotę zachowywać się jak jakiś błazen. Z drugiej strony... zawsze zachowywałem się jak błazen i bez miłości, więc czy jest aż tak wielka różnica?
Ja tu się rozckliwiam nad własnymi... zaraz. Jakby to ująć, żeby zabrzmiało jak najbardziej niedorzecznie? Jakby to nazwały te wszystkie piskliwe uczennice Hogwartu? Ach tak... Rozckliwiam się nad własnymi rozterkami sercowymi. Słodkie. Pomijając fakt, że zaraz się porzygam No właśnie! Rozckliwiam się, a miałem opisywać przygotowania do ślubu i sam akt zawarcia małżeństwa przez Lily i Jamesa. I wiecie co? Nie mam zamiaru tego opisywać. To robota dla bab. Dla wszystkich panienek i ewentualnych pedałów, którzy lubią płakać w chusteczkę i wzdychać jak to zleciało, że niegdyś tacy młodzi i piękni, wiążą się teraz więzami małżeńskimi aż do śmierci. Amen. Dlatego pominę część oficjalną i przejdę do tej mniej. Opiszę wam po prostu wesele... Jak się bawi, jak się bawi WE - SE – LE.

A więc. Nie muszę chyba mówić, że było zarąbiście. To się rozumie samo przez się. W końcu to nie była byle jaka impreza, tylko wesele Jamesa i Lily, które muszę przyznać potoczyło się w dosyć nietypowy dla mnie sposób... Ale, ale! Co to za wyprzedzanie faktów. Po kolei! Na początku były wszystkie te tradycyjne bzdury. Lily rzuciła bukiet, który złapał Lucasek-Kutasek. Nie pytajcie mnie jakim cudem. Wydawało mi się, że tylko kobiety biorą udział w zabawie, no ale ok. Na sam widok tego skurwiela miałem ochotę w coś pierdolnąć. W końcu jakby nie patrzeć, przez tego debila mogę pożegnać się z moim największym marzeniem, a mianowicie z zostaniem aurorem. Dlatego sam fakt, że gdy go tylko zobaczyłem, nie podbiegłem i mu nie przywaliłem jest sukcesem. Taa... Czekam na oklaski.
Co było dalej. Pierwszy taniec, ojca z córką, następnie pierwszy taniec młodego małżeństwa, ech... Myślałem że usnę. Ciekawe czy na moim weselu z Emily też byłoby tak nudno. Ha! Żeby tylko tak! Na wesele z Emily potrzebowałbym puszystej poduszki w kolorze zastawy stołowej, żeby ładnie wkomponowała się w otoczenie.
Kiedy skończyły się te smęty, nadszedł czas na toasty i przemowy. Pech chciał, że byłem drużbą i musiałem brać w tym czynny udział. Wszedłem na scenę wraz z Dori. Ona zaczynała. Jej przemowa była subtelna i słodka, tak jak ona sama. Stanęła przed wszystkimi, w tej swojej cudownej sukience, z okrągłym brzuszkiem, który dodawał jej tylko uroku. Piszę jak potłuczony, bo się wczuwam w klimat. Basta!
Słuchałem jej tylko jednym uchem, zastanawiając się co ja mam do jasnej ciasnej powiedzieć, gdyż oczywiście zapomniałem przygotować mówki. Ech, Black... Na wesele najlepszego kumpla. Wstyd.
- Każdy z nas wie, że jesteśmy tu dziś, by towarzyszyć Lily i Jamesowi w najważniejszym dniu ich wspólnego życia – zaczęła Dor. -  Nie wiecie jednak, że to najbardziej niezwykły ślub na jakim dane było Wam się pojawić. Zapewne wszyscy tu obecni znają historię miłości tej dwójki. Opowiada ona o roztargnionej, upartej, rudowłosej osóbce i pewnemu rozczochranemu, przystojnemu okularnikowi, których związek przeszedł już niemal przez wszystko. Jest to historia, którą z pewnością można by uwiecznić na kartach książki. – Ach tak, dobry pomysł Dori, trzeba by wspomnieć o tym jak doszło w ogóle do tego, że ta para jest razem. - Stoję tu dziś przed Wami, jako druhna, ale także najlepsza przyjaciółka panny młodej. Odkąd tylko pamiętam Lily była dla mnie jak najukochańsza siostra, która potrafiła przywołać mnie do porządku w chwilach gdy najbardziej tego potrzebowałam. Przeszłyśmy razem przez wszystko co mogło przytrafić się podczas naszej 7-letniej przyjaźni. – Nie… Nie będę wspominał o mojej wieloletniej przyjaźni z Jamesem, to nie będzie w moim stylu. - Dzieliłyśmy razem wszystkie radości i łzy. I choć wiem, że teraz wszystko się zmieni, a nic już nie będzie takie jak dawniej, wcale nie jest mi z tego powodu smutno. Cieszę się, że moja ukochana siostra znalazła kogoś, kto będzie wspierał ją w każdej sekundzie, gdy ja nie będę mogła być przy niej. Cieszę się też dlatego, że z dzisiejszym dniem zyskałam brata, Jamesa. Dziękuję z całego serca za Waszą przyjaźń. Kocham Was. Mam nadzieję, że nigdy nie zapomnicie o starej Dorcas. Zdrowie, państwa młodego!
- Zdrowie! – zawołali zebrani i wszyscy wypiliśmy jednym haustem zawartość naszych lampek. Po chwili Remus podszedł do nas, nalał mi kolejną porcję szampana, Dor zaś jakiegoś soku. Taka ciąża to jednak musi być upierdliwa. Nie móc się napić. Koszmar jakiś.

Dori uśmiechnęła się do mnie niepewnie, jakby chciała zapytać, czy dobrze jej poszło. Odwzajemniłem uśmiech i uniosłem delikatnie kciuk do góry. Przyszła kolej na mnie. No to zaczęła się jedna wielka improwizacja.
- Jak już wspominała Dor, zebraliśmy się tutaj, by uczcić niezwykłe wydarzenie, którym jest ślub tej tutaj dwójki – rzuciłem jakby niedbale wskazując na młodą parę stojącą u podnóża sceny, po sali przeszedł cichy chichot. - Jest ono o tyle niezwykłe, że gdybyście jeszcze 3 lata temu powiedzieli mi, że będę tu teraz przed wami stał i wznosił toast za ślub Evans i Pottera zapewne bym was wyśmiał. James i Lily? Żartujecie? Ten mały, zadziorny rudzielec nie znosi Pottera. Prędzej pocałuje bazyliszka niż wyjdzie za Rogacza. A jednak! Ha! Sześć lat starań Jamesa nie poszło na marne. W końcu zdobył Evansówne, mimo że wszyscy uważali że jest skończonym idiotą latając za nią jak głupi. Przepraszam stary, ale serio tak to wyglądało – mrugnąłem do Jamesa, który żartobliwie pogroził mi palcem. - Dzisiejszy dzień udowadnia nam jednak, że James wcale nie działał na darmo. Dzisiejszy dzień pokazuje nam że jeśli czegoś naprawdę chcemy, jeśli dążymy do tego wytrwale i cierpliwie znosimy porażkę, mamy szanse w końcu osiągnąć to co nam się marzy. Mimo, że Lily wielokrotnie odpowiedziała 'nie', na słynne „Evans, umówisz się ze mną?”, ostatecznie zgodziła się hajtnąć z Jamesem. - Kilka osób znowu się zaśmiało. Co całkowicie wybiło mnie z rytmu. Nagle zrobiło się strasznie cicho na sali, a ja całkowicie zgubiłem wątek. Okeej Black, co dalej, co dalej. Improwizuj. - Dlatego chciałbym wznieść toast za młodą parę, za upartą Lily i niezłomnego Jamesa, którzy są dowodem na to, że jeśli czegoś naprawdę pragniemy inie cofniemy się przed niczym, możemy to zdobyć. - Uniosłem lampkę z szampanem w górę. - Zdrowie młodej pary! - Stuknąłem się z Dor, po czym wypiłem zawartość mojej lampki jednym tchem. Końcówka toastu mi chyba nie wyszła. Cholercia. Tak to jest jak nie masz przygotowanej mowy wcześniej. Spojrzałem na Dorcas pijącą powoli sok jabłkowy ze swojej lampki i zacząłem się zastanawiać nad słowami, które chwilę wcześniej sam skleciłem. Jeśli czegoś naprawdę chcemy nie cofniemy się przed niczym, tak? Usłyszałem własny głos przebijający się przez gwar na sali.
- A teraz, panie i panowie, chociaż tradycja tego nie przewiduje nastąpi taniec drużby z druhną. Wolny bit panowie - mrugnąłem w stronę zespołu.
Wszyscy spojrzeli na mnie z zaskoczeniem, ale wcale się tym nie przejąłem. Złapałem nic nierozumiejącą z moich słów Dorcas za rękę i pociągnąłem ją na sam środek parkietu. Objąłem Meadowes w talii i przysunąłem do siebie. O dziwo nie protestowała. Zaczęliśmy powoli poruszać się w rytm muzyki. Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie powiedzieć jakiegoś komplementu.
- Mówiłem ci już, że ślicznie wyglądasz? - wyszeptałem do jej ucha, muskając przy tym oddechem jej szyję. Zadrżała.
- Co ty wyprawiasz? Oszalałeś do reszty? - fuknęła na mnie. Głos i oczy ją jednak zdradzały. Wcale nie wyglądała na poirytowaną.
Obkręciłem ją delikatnie w tańcu, po czym przysunąłem z powrotem do siebie.
- Aj Dori, Dori... To już drużba nie może zatańczyć z śliczną druhną? - spytałem wkładając w te słowa odrobinę zmysłowości. Podziałało. Jej policzki przybrały lekko różowy odcień. Udawała jednak nie zbitą z tropu.
- Chyba za dużo wypiłeś – mruknęła sceptycznie, kręcąc przy tym głową. W tamtej chwili poczułem pewnego rodzaju ciepło na sercu. Czyż ona nie jest słodka? - przemknęło mi przez myśl.
- Och, daj spokój – zamruczałem. - Nie bądź taka oziębła, wszyscy się na nas patrzą. Nie chcesz chyba żeby widzieli cię taką nadąsaną – przekrzywiłem figlarnie głowę zbliżając ją do mojej partnerki na tyle blisko, że nasze nosy się zetknęły.
- Ja wcale się nie dąsam – zaprzeczyła niepewnie. - Po prostu twoje nastroje są mocno dekoncentrujące – ostatnie zdanie wypowiedziała z drżeniem w głosie.
- Jak bardzo? - wymruczałem, dodając do naszej małej zabawy ocieranie moich ust po brodzie, policzkach i nosie Dor.
- Bardzo – mówiąc to spojrzała mi prosto w oczy, po czym szybko odwróciła wzrok i wtuliła się w moje ramię.
Tańczyliśmy chwilę w ciszy, rozkoszując się swoją bliskością. Pierwszy raz w życiu miałem ochotę zatrzymać czas i sprawić by ta chwila trwała dłużej.
- Mogę cię o coś spytać? - szepnąłem, nie do końca pewny o co właściwie.
- Tak – odpowiedziała po chwili lekko przydławionym, przestraszonym głosem. Mogłem w tym momencie zapytać o wszystko. O to czy coś do mnie czuje, czy była by dla nas jakakolwiek szansa, a jeśli nie to czy mógłbym chociaż czasem zobaczyć berbecia, który będzie moim dzieckiem. O co zapytałem?
- Jest ci teraz tak samo przyjemnie jak mi? - Punkt dla Gryffindoru. Wykazałeś się Black. Bardzo inteligentne.
Nie odpowiedziała. Oderwała się jedynie na chwilę ode mnie, by na mnie spojrzeć i uśmiechnąć się rozczulająco. Tańczyliśmy tak do końca piosenki. Nie byłem nawet w stanie powiedzieć, kiedy inni ludzie dołączyli do nas na parkiecie. Zauważyłem ich dopiero gdy muzyka ucichła.
Ukłoniłem się z udawaną nonszalancją przed moją partnerką i jak tradycja nakazuje podziękowałem za taniec. Zaśmiała się słodko, po czym odwróciła się na pięcie i zostawiła mnie na środku parkietu.
Nie dane mi jednak było cieszyć się długo samotnością, bo chwilę później podleciała do mnie Miranda. Nawet nie wiedziałem, że James ją zaprosił. Chodziła do Beaxbatons, była francuską z angielskim pochodzeniem. Każde wakacje spędzała u dziadków w Dolinie Godryka. Mieliśmy dość ciekawe wspólne przeżycia.
- No, no… Syriii, wyprzystojniałeś w ostatnim czasie – zaśmiała się na wstępie.
- Za to ty nic się nie zmieniłaś – odpowiedziałem, bo faktycznie. Wciąż była tą samą drobniutką blondynką jaką zapamiętałem. – Zatańczymy? – Dodałem, kiedy zespół na nowo zaczął grać.
- Chętnie, chętnie – zaśmiała się, podając mi dłoń i pozwalając wciągnąć się w wir tańca.– Swoją drogą co to za szopka tańca druhny z drużbą? – jej uśmiech był raczej wymowny. – Twoja dzidzia? – dodała, a ja z początku nie zrozumiałem o co jej chodzi. – No brzuszek druhny, to twoja robota? – zapytała, cmokając cicho, jakby chciała pokazać dezaprobatę dla mojej niedomyślności.
- A co zazdrosna? – spytałem niewinnie.
- Skąd. Wiesz, że zawsze wolałam Jamesa.
Fakt. Latała za nim jak głupia, a on wciąż tylko powtarzał, Lily to, Lily tamto.
- I jak to jest być teraz na jego ślubie? – spytałem nieco wrednie, mając nadzieję, że odwrócę jej uwagę od dziecka. Spurpurowiała.
- Nie zmieniaj tematu! Dzidzia jest twoja na bank – powiedziała nieco chłodniej.
Zmusiłem ją do wykonania obrotu, żeby chociaż przez chwilę nie być pod ostrzałem jej spojrzenia. Taka mała, a taka irytująca. Ech, ale czy nie zawsze tak było?
Rozmowa z nią uświadomiła mi, że wszyscy na tej Sali, bez wyjątków, domyślają się kto jest ojcem dziecka, mimo że Dor przyszła na wesele z Lucasem. Powinienem czuć się zmieszany? Możliwe. Ale na przekór tego wszystkiego, czułem się dumny. Tak! To moje dziecko. Moja robota. Nikogo innego.

- Stary! Nie uwierzysz, co właśnie dostałem - zawołał w moją stronę James. Przepchnął się przez tłum do mnie i wcisnął mi do ręki jakiś ozdobnie napisany list gratulacyjny. - Przed chwilą przyleciała sowa.
Pismo wydało mi się znajome. Nie będę tu przepisywał listu, mogę jedynie streścić o czym był. Na początku były zwyczajne życzenia wszystkiego co najlepsze na nowej drodze życia, jednak w dalszej części znalazł się fragment, który pozwolę sobie zacytować:

 "Do pana młodego mam tylko jedną krótką uwagę. Następnym razem gdy postanowi pan grać na terenie szkoły w quidittcha w środku nocy, może łaskawie pożyczy pan piłki? Pan Filtch nie był zachwycony faktem, że musiał sprzątać odłamki szkła z boiska."

Tak, dobrze się domyślacie. List był od Dumbledore'a. Ach, kochany staruszek. Zawsze potrafił przymknąć oko na nasze wybryki. Czyli doskonale wiedział, że to my mimo naszej dosyć dziwnej ucieczki. Dobrze wiedzieć.
- Cóż... To był chyba taki ostatni akcent huncwotów w Hogwarcie, nie sądzisz? - stwierdził ze śmiechem James.
- Na to wygląda stary, na to wygląda - odpowiedziałem i obaj ryknęliśmy niepohamownaym rechotem, bo inaczej tego nazwać nie potrafię.
- Z czego się śmiejecie? - spytała Lily, która znikąd pojawiła się za nami.
- Co wydarzyło się na wieczorze kawalerskim, pozostaje na wieczorze kawalerskim - odpowiedziałem tajemniczo.
Dostałem kuksańca w bok.
- No, no... Tylko mi tu bez takich. Tłumaczyć się, natychmiast obaj - zaśmiała się, grożąc nam żartobliwie palcem.
- Uwierzyłabyś gdybyśmy ci powiedzieli, że próbowaliśmy grać w środku nocy w Quidditcha, pustymi butelkami po alkoholu? - spytałem ze śmiechem.
- Hmm... To jesteście wy, po was można się już wszystkiego spodziewać - stwierdziła ze wzruszeniem ramion. - Huncwoty jedne. Swoją drogą bardzo miły gest, żeby porwać Dori do tańca. Jestem pod wrażeniem - zmieniła niespodziewanie temat.
- No stary, nie spodziewałem się tego po tobie - powiedział James, patrząc na mnie tym swoim mądralińskim wzrokiem sponad okularów.
Nie zdążyłem odpowiedzieć, gdy ktoś ze środka sali wrzasnął:
- ZDJĘCIA!!! CZAS NA ZDJĘCIA!!!
No i musieliśmy iść pozować do pamiątkowych zdjęć do albumu.



~*~

Kilka godzin później byłem już faktycznie odrobinę dziabnięty alkoholem. Tańczyłem z wszystkimi po kilka razy, tylko Dor nie udało mi się więcej dorwać. Ciągle była zajęta, to rozmową z kimś, to tańcem z Lucasem. No cóż… Nie można mieć wszystkiego, prawda? Po kolejnym tańcu z Lily POTTER... - na Merlina. Kiedy ja się do tego przyzwyczaję? - postanowiłem wyjść się przewietrzyć. Pech chciał, że gdy wyszedłem przed salę bankietową, okazało się, że nie tylko ja wpadłem na taki pomysł.  Był tam już Lucasek-Kutasek oparty o barierkę schodów i palący mugolską fajkę. Gdy mnie zauważył zmierzył mnie beznamiętnym spojrzeniem, chociaż mógłbym przysiąc, że gdzieś w oczach czaił mu się strach. Jakby nigdy nic podszedłem do niego i podobnie jak on oparłem się o barierkę. Wyciągnąłem cygaro i zacząłem delektować się lekko drapiącym mnie w gardło dymem. Ciszę, która zapanowała można by kroić nożem.
- Więc mówisz, że postanowiłeś zrujnować mi karierę – powiedziałem, pomiędzy zaciągnięciami.
Lucasek-Kutasek spojrzał na mnie spode łba. O! Kutasek mnie nie lubi, a to nowość.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz – odpowiedział beznamiętnie, jakbym był wrzodem na tyłku.
Komuś widocznie urosły jaja. Hura! Najwyższy czas.
Prychnąłem tylko w odpowiedzi na jego słowa. Nie dość że taki typek zniszczy ci karierę, to jeszcze udaje, że nic się nie stało. Kiedy cisza między nami zaczęła się znów przeciągać postanowiłem pociągnąć dalej temat.
- Mówię o kilku zbędnych słowach, które szepnąłeś na ucho aurorom, żeby mnie pogrążyć – sam się zdziwiłem słysząc spokój w moim głosie. Kto wie? Może tym razem nie rozkwaszę tej gładziutkiej twarzyczki pedałka, kto wie…
Lucas wypuścił znaczny kłębek dymu, po czym zaśmiał się ironicznie.
- Te zbędne słowa, jak to nazywasz nie zawierały nic oprócz prawdy. W dodatku niepełnej, w końcu jakby nie patrzeć mógłbym cię też oskarżyć o pobicie.
Pobicie… A no tak. Zdarzyło mi się go pobić, kiedy szukałem Dorcas. Oj tam, już prawie o tym zapomniałem, wielkie rzeczy.
Zaciągnąłem się moim cygaro w nadziei, że troszeczkę pozwoli mi się uspokoić.
- Jest tylko mała różnica wiesz? Twoja buźka znowu wygląda jak pupcia niemowlaczka, okno w twoim domu naprawiłem od razu po rozbiciu, a moja kariera? Tak łatwo się nie naprawi…
Lucasek-Kutasek rzucił mi cyniczne spojrzenie. Rany! Kutasek naprawdę dorobił sobie dwa jajca. Chociaż sądzę, że gdyby doszło do rękoczynów znowu zmiękłby jak klucha.
- Osobiście uważam, że ci się należy. Po tym co zrobiłeś Dorcas. Po tym jak ją zostawiłeś, olałeś, nie chciałeś uznać dziecka. Tak! Należy ci się – moja wolna ręka mimowolnie zacisnęła się w pięść. Ten Kutas nie miał prawa mówić mi co mi się należy, a co nie. – Ale nie musisz się bać o swoją pierdoloną karierę. Wczoraj wycofałem oskarżenie – niemal upuściłem cygaro z wrażenia. Moja mina musiała być dosyć komiczna. Nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać. To jakiś głupi żart z jego strony, czy jak? – Nie gap się tak na mnie – prychnął. – Tak, wycofałem. Nie zrobiłem tego jednak ze względu na ciebie, tylko Dorcas mnie ubłagała. Nie chciała byś z jej winy miał zniszczone życie, mimo że ona przez ciebie będzie je miała.
Przestałem go słuchać. Znów mogę być aurorem. Ha! Ten numer z włamaniem się do domu Lucaska - Kutaska przestał mieć znaczenie. Znów będę mógł się starać o pracę! Tak! Nie wszystko stracone. Jest jednak na tym świecie dla mnie jeszcze jakaś nadzieja. Wszystko dzięki Dori! Przekonała tego oszołoma, żeby nie skazywał mnie na bezrobocie lub mało ciekawą pracę. Na Merlina! Jak ja kocham tą dziewczynę. W tamtej chwili, aż miałem ochotę pobiec do niej i ją ucałować.  Przez chwilę czułem się jak mały chłopiec, któremu odwołano szlaban.
- Tak, kolejny sukces w życiu Blacka – skomentował sarkastycznie Lucas, widząc banana na mojej twarzy.
- Mimo braku dobrych chęci, dziękuję – odpowiedziałem spokojnie, gasząc moje cygaro i wyrzucając je za siebie.
Lucasek – Kutasek nie spodziewał się chyba podziękowania z mojej strony, bo spojrzał na mnie tak, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu.
Zaśmiałem się w duchu, po czym ruszyłem z powrotem w stronę drzwi wejściowych. W końcu w środku była osoba której tak naprawdę w pierwszej kolejności powinienem był dziękować. Ach Dori…  Z tego wszystkiego nie podziękowałem jej do tej pory. Nawet nie wiem jak to opisać… To wszystko było takie nagłe, niespodziewane…
Wróciłem na salę i nigdzie nie mogłem znaleźć Meadowes. Nie było jej ani na parkiecie, ani przy stole. Już miałem podejść do Lily i zapytać ją czy nie widziała nigdzie Dori, kiedy dostrzegłem ją wychodzącą z toalety. Wyglądała dosyć niepokojąco. Trzymała się za brzuch, uginając lekko plecy do przodu. Coś było nie w porządku. Rozejrzała się zdezorientowana po Sali, jakby kogoś szukając. Sądząc po minie, nie mogła tego kogoś znaleźć. No tak… Zapewne szukała Lucaska – Kutaska, a ten w najlepsze palił sobie fajeczkę.
Nie mogłem patrzeć na nią w takim stanie i nie zareagować. Podszedłem do niej jak najszybciej mogłem:
- Wszystko w porządku?- spytałem z troską.
Spojrzała na mnie nieprzytomnym wzrokiem.
- W porządku?! – zapytała tak piskliwym głosem, że aż drgnąłem. – Jak najlepszym – powiedziała już ciszej przez zaciśnięte zęby, na pierwszy rzut oka widać było, że w porządku nie jest i w dodatku ma to coś wspólnego z dzieckiem. Przekalkulowałem w myślach szybko w którym miesiącu jest Dor. Czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień, październik, listopad, grudzień, styczeń…. W ósmym… Nie za wcześnie na takie ekscesy? Czy mogła już teraz rodzić? A jeśli tak, to czy życie tej małej istotki nie było przypadkiem zagrożone?
- Nie wygląda – odpowiedziałem bez ceregieli. – Co się dzieje?
Spojrzała na mnie błagalnie, jakby niemo prosiła żebym dał jej spokój. Aż tak bardzo bała się zaufać mi w sprawie dziecka?
- Nic czym musiałbyś się przejmować. Po prostu muszę na chwilę usiąść, odpocząć… Auu – jęknęła, po czym zgarbiła się z bólu jeszcze bardziej niż wcześniej.
Świeczki w jej oczach upewniły mnie tylko, że muszę działać szybko. Bo nie ma czasu do stracenia.
- Odeszły ci wody, prawda? – spytałem, wkładając całą siłę woli w to, żeby głos mi nie zadrżał.
Zaczęła się cała trząść. Była przerażona. Tak samo jak ja nie spodziewała się, że to może nadejść tak szybko. Dziecko miało się pojawić dopiero za miesiąc, nie teraz!
- Nie wiem… Tak, ale to za wcześnie… Stanowczo za wcześnie –  bąknęła po cichu, tak że ledwo ją usłyszałem. Wiedziałem co muszę robić. Nagle pojawiła się we mnie siła. Moje dziecko spieszyło się na świat, musiałem działać.
- Zabieram cię do Munga! – powiedziałem stanowczo. Otaczając ją opiekuńczo ramieniem i kierując w stronę tylnego wyjścia z sali, gdyż nie chciałem żebyśmy przypadkiem natrafili na Lucaska – Kutaska, którego ostatni raz widziałem przy frontowych drzwiach. Czułem, że w tym wydarzeniu powinienem wziąć udział tylko ja.
Dor ugięła kolana pod wpływem kolejnego skurczu.
- To nie może się dziać – jęknęła. – Jeszcze miesiąc! To za wcześnie, ja nie mogę już…
Wyczułem drżenie jej ramion i usłyszałem pociągnięcie nosem. Mocniej przycisnąłem ją do siebie, tak, że jej głowa znalazła się na moim ramieniu.
- Słuchaj, miesiąc nie miesiąc. Naszemu maleństwu widocznie spieszy się na świat. – Położyłem nacisk na ‘naszemu’, nie wiedzieć czemu. Nagle wydało mi się to takie niesamowite. Lada chwila będę mógł zobaczyć małego szkraba, który będzie miał w sobie cząstkę mnie. -  Chodź! Musimy złapać Błędnego Rycerza. Nie możesz się teleportować w takim stanie – nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć. Byliśmy już po za budynkiem. Na małej ścieżce, prowadzącej  do jakiejś małej uliczki.
Kiedy stanęliśmy tuż przy krawężniku, wypuściłem Dor z objęć, by poszukać różdżki. W końcu Błędny Rycerz sam się nie wezwie. Gdy tylko to zrobiłem. Meadowes wybuchła płaczem. Bała się. To było widać. Ale kto by się nie bał? Też bym się chyba poryczał, jakby dziecko zamierzało mnie rozerwać od środka. Brrr… Po za tym było za wcześnie. Co jeśli dzieciątko będzie miało jakieś problemy? Cholera, tylko ty nie panikuj Black. Tego nam tutaj tylko brakuje…
- Dori, spokojnie. Będzie dobrze – powiedziałem wygrzebując wreszcie z tylnej kieszeni spodni różdżkę. – Urodzisz ślicznego, zdrowego chłopczyka, czuję to.
Dor przestała szlochać i spojrzała na mnie uważnie.
– Chłopczyka? – zaśmiała się nerwowo. – Skąd jesteś taki pewny?
Wyprężyłem dumnie pierś, mając nadzieję, że ją tym rozbawię.
- No proszę cię. Prawdziwi mężczyźni płodzą chłopców. Nie wiedziałaś o tym? – niestety nie wyszło. Machnąłem szybko różdżką w celu wezwania Błędnego Rycerza, tym czasem Dor prychnęła:
- Kto by pomyślał, że znasz się na takich sprawach.
Spojrzałem na nią czule, nie do końca pewny, czy chce aby tą czułość dostrzegła. Co jakby mnie wyśmiała? Według Lily czuła coś do mnie, ale czy aby na pewno mogę ufać jej osądom?
- Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz – powiedziałem na głos, w myślach zaś dodałem: na przykład tego, jak bardzo cię kocham.
Już drugi raz przyszło mi to do głowy w momencie gdy patrzyłem jej prosto w oczy. Na Merlina! Ile ta dziewczyna dla mnie znaczy! To aż niesamowite.
Nie zdążyła mi nic odpowiedzieć bo znikąd pojawił się przed nami Błędny Rycerz. Drzwi się otworzyły, a z środka wysiadł rudzielec o skręconych do góry włosach, piegach na calutkiej twarzy oraz o odstających przednich siekaczach.
- Witam! Wybrali państwo Błędnego Rycerza jako swój środek transportu. Jest nam z tego powo… - zaczął lekko sepleniąc, jednak nie dałem mu w pełni się rozkręcić.
- Człowieku, mógłbyś się do licha zamknąć?! – wrzasnąłem na niego. Znałem gościa, wiedziałem że będzie pierdolił od rzeczy przez dobre pięć minut, a my zdecydowanie nie mieliśmy na to czasu. – ONA RODZI!!!  Do św. Munga się spieszymy! – wskazałem na Dor. Gościu stał jeszcze przez chwile zdziwiony, nie wiedząc co ma odpowiedzieć. – Co tak stoisz? – ryknąłem. Rzuciłem mu dwa galeony, wiedziałem że przepłacam, ale nie było czasu na liczenie drobnych. Gostek bez słowa zrobił nam przejście, wybałuszając tylko oczy na monety które właśnie mu dałem. Ostrożnie objąłem Dorcas od tyłu i pomogłem jej wejść do autobusu. Godzina była już późna, wiec zamiast siedzeń w środku zastaliśmy łóżka ułożone w rzędzie. Podprowadziłem Dor do najbliższego z nich i starannie pomogłem się jej położyć. Jej twarz krzywiła się z bólu. Nie wiedziałem jak mógłbym jej pomóc. Gdyby dało się wziąć na siebie te boleści, zrobiłbym to. Troska… Kolejne uczucie, które do tej pory nie było mi do końca znane. Znaczy jasne… Troszczyłem się o przyjaciół, ale to było coś zupełnie nowego, czego nie czułem nigdy wcześniej.
- Wytrzymasz? – spytałem nerwowo, gdy autobus ruszył.
Uśmiechnęła się do mnie blado. Dlaczego musiała tak cierpieć? Nie mogli wymyśleć przyjemniejszego sposobu przychodzenia na świat tam na górze?
- Syriusz spokojnie… - powiedziała, starając się brzmieć normalnie. – Przeżywasz to chyba bardziej niż ja… Nic mi nie jest.
Taaak. Rzeczywiście nic jej nie było. Krzywiła się tylko strasznie z bólu, a mi było cholernie ciężko to znieść. Nie mogłem się powstrzymać. Pochyliłem się i pocałowałem ją delikatnie w czoło. Nie mając innego pomysłu na ujście przypływu ciepłych uczuć względem niej.
- Jeszcze tylko chwila – wyszeptałem. W tym momencie autobus zatrząsnął się niemiłosiernie. – Do diaska! Czy to musi tak trząść? – odchyliłem głowę i wrzasnąłem w kierunku przodu pojazdu. – Panie kierowco, no troszkę wyczucia!
Bałem się, że te szarpnięcia zaszkodzą dzieciątku, jeszcze zanim zdąży przyjść na świat. A przecież i tak już miało mieć pod górkę przez wzgląd na zbyt szybki termin porodu.
- Cholera! – wyrwało się z ust Dor, kiedy szarpnął nią kolejny skurcz, od którego wygięła aż kręgosłup.- Boli… - poskarżyła się słabo, a z jej oczu  poleciały łzy.
Przytuliłem ją, przyciskając jej głowę do swojego ramienia. Przestałem się krępować w okazywaniu uczucia. Nie mogłem znieść tego, że ją bolało.
- Ciii… Będzie dobrze – wyszeptałem do jej ucha. – Jestem z tobą – dodałem.
Nie wiedzieć czemu Meadowes w tym momencie wybuchła jeszcze większym płaczem.
- Na jak długo? – wymamrotała pod nosem, pewna że jej nie usłyszałem.
Zabolało. W tamtym momencie poczułem ścisk w klatce piersiowej. Nie czuła, że może na mnie polegać, ale czy mogłem jej się dziwić? W końcu tyle razy ją zawiodłem.
- Na jak długo tylko zechcesz – odpowiedziałem nieśmiało. Tak! Nieśmiało. Jakie to do mnie niepodobne prawda?
- Syriusz, błagam – wymamrotała. – Nie róbmy tego teraz, nie rozmawiajmy o tym… - O tym? O nas? O tym czy w ogóle pozwoli mi się zbliżyć do dziecka? Nie wiedziałem, co o tym sądzić.
- O czym? – palnąłem bez zastanowienia.
- O… nas – wymamrotała, odwracając głowę w drugą stronę, przez co jej włosy połaskotały mnie nieprzyjemnie po twarzy. W tym momencie jej ciało wygięło się pod wpływem kolejnego skurczu. Wzięła głęboki oddech i jakimś cudem powstrzymała się przed kolejną salwą szlochu.
Przykucnąłem przy łóżku,  ująłem jej dłoń i zacząłem ją delikatnie gładzić.
- Dobrze, skoro nie chcesz… Nie będę nalegał – odpowiedziałem nieco smutno. Jasne! Wiedziałem, że to nie jest odpowiednia chwila, naprawdę to wiedziałem, jednak… Cholera jasna! Na serio chciałbym móc wreszcie powiedzieć na głos to co prześladuje mnie od tak długiego czasu.
Zupełnie niespodziewanie Dori parsknęła śmiechem. Spojrzałem na nią zdziwiony. Znów odważyła się na mnie spojrzeć, a w jej oczach czaiły się wesołe ogniki.
- Takie zachowanie do ciebie nie pasuje, Łapo – stwierdziła miękko, zadziornie przekrzywiając głowę, zupełnie jakby na chwilę zapomniała co właściwie ją czeka. Dawno nie słyszałem, żeby mówiła do mnie Łapo. Ostatnio było tylko chłodne: Syriuszu… No cóż. Zawsze to jakiś początek. Zaśmiałem się tylko na jej słowa. W między czasie autobus zdążył się zatrzymać. Byliśmy już na miejscu.
- Szpital świętego Munga – oznajmił beznamiętnie rudzielec.
Spojrzałem czule na Dor, wstałem i wyciągnąłem w jej stronę rękę, żeby pomóc jej się podnieść.
- Czas wysiadać – powiedziałem na zachętę. Złapała moją dłoń i powoli zaczęła się podnosić.
- Syriusz… - wymruczała cicho, gdy już stała o własnych nogach. – Powtórzę, nie musisz tego robić.
Spojrzałem na nią z ukosa, gdy kierowaliśmy się w stronę wyjścia. Ona naprawdę nie rozumiała. Czy ja naprawdę uchodzę za takiego potwora, że nie jest w stanie uwierzyć, że mogę ją kochać? Chociaż w sumie, przecież sam do niedawna w to nie potrafiłem uwierzyć. Chyba muszę uznać, że jest usprawiedliwiona.
- A właśnie, że muszę – odpowiedziałem, pomagając jej wysiąść.
Gdy tylko wysiedliśmy, autobus zniknął. Znajdowaliśmy się sami na środku opustoszałego placu. Oprócz nas był tylko jakiś mugolski bezdomny, człapiący chwiejnie w stronę ławki. Patrzyłem przez chwilę z politowaniem na tego człowieczka, który poślizgnął się właśnie na lodzie i o mały włos by nie upadł.
- Dlaczego to robisz? – spytała Dor, sprowadzając mnie z powrotem na ziemię. Ponownie otoczyłem ją opiekuńczo ramieniem i poprowadziłem w stronę obskurnej witryny Purge & Dowse Ltd, za którymi jak każdy szanujący się czarodziej wiedział znajdował się szpital, sprytnie ukryty przed mugolami.
- Czy to nie oczywiste? – zapytałem zdawkowo. Byłem ciekawy co myśli na ten temat.
- Czujesz się winny – wyszeptała.
Zaśmiałem się głupkowato, nie wiedząc czy powinienem się śmiać, czy płakać.
- Naprawdę tak uważasz? – miałem wrażenie, że mój głos zabrzmiał cholernie smutno.
Dorcas zdecydowała się odpowiedzieć dopiero po kilku krokach. Uprzednio przełknęła głośno ślinę, jakby to co miała do powiedzenia, było dla niej strasznie przykre.
- Nie chciałeś go. Nie chciałeś nas, więc… - westchnęła głośno. – Tak, przepraszam, ale tak uważam.
Nie wiedziałem co na to odpowiedzieć. Właściwie to trafiła w sedno. Nie chciałem dziecka. Z początku poprosiłem ją nawet o to by dokonała aborcji. Nie dbałem ani o nią, ani o dziecko, które nosiła przez tyle miesięcy w brzuchu. Byłem beznadziejny.
W ciszy doszliśmy do witryny sklepu, na którym widniała słynna tabliczka „Zamknięte z powodu remontu” w celu odstraszenia ciekawskich mugoli. Za brudną szybą znajdował się stary i okropnie brzydki manekin kobiety, który musiał do ciebie kiwnąć, żebyś mógł wejść.
Zignorowałem jednak manekina, zatrzymując się i zagradzając drogę Dor.
- Dor… Zanim wejdziemy… - z perspektywy czasu myślę, jakim byłem idiotą. Biedna dziewczyna rodzi, potrzebuje opieki medycznej, a ja… Jak gdyby nigdy nic zatrzymuje ją przed wejściem, bo zebrało mi się na poważne pogawędki. Brawo Black. Wyczucie czasu to ty masz przednie.
- Chodźmy… - pisnęła słabo Dor, cała drżąc, podejrzewałem, że wstrząsnął nią kolejny skurcz. Zignorowałem to jednak w tamtej chwili.
- Zachowywałem się jak gówniarz, wiem – powiedziałem dobitnie.
- Syriusz, proszę… - jęknęła, jednak znowu ją zignorowałem chcąc wypowiedzieć te dwa jakże ważne słowa.
- Panikowałem i nic nie rozumiałem, ale to było wieki temu – dodałem, chcąc się usprawiedliwić. Dorcas przymknęła oczy, złapała się za brzuch i zaczęła gwałtownie oddychać. - Jest jedna rzecz, którą chcę ci powiedzieć, zanim pójdziesz na tą męczarnie… - już miałem to na końcu języka: kocham cię Dor! Naprawdę. Już, już miałem to mówić, ale…
- Nie mów tego, proszę… - stęknęła Dor błagalnie. Zaciąłem się. Czy to możliwe, że wiedziała że ją kocham? Czy nie chciała tego usłyszeć? A może myślała że powiem tak tylko żeby miała lepszą motywację do rodzenia? Tego niestety nie wiem…
Nie zastanawiając się co robię, cmoknąłem nic nie spodziewającą się Dor w usta, obróciłem się do niej tyłem, burknąłem:
- Masz rację, czas nagli - kiwnąłem w kierunku manekina i nie rozglądając się nawet na boki szybko wciągnąłem ją do środka.
Gdy weszliśmy do środka wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko. Nagle tak mi przyćmiło umysł, że nie byłem nawet do końca pewny co robię. Bałem się, przyznaje. Bałem się co będzie z Dori, co z dzieckiem… Bałem się tego czekania i wszystkiego na raz. Podleciałem do informacji, nie pamiętam nawet co powiedziałem, chwilę później wraz z pielęgniarką jechaliśmy windą w górę. Pamiętam, że machinalnie złapałem Dor za rękę, a ona zacisnęła swoją dłoń na mojej  i cała drżąc wtuliła się w moje ramię. Wypadliśmy z windy i zaczęliśmy kierować się w stronę porodówki. Wciąż trzymaliśmy się za ręce, tak mi się wydaje.
- Pan jest mężem? – zatrzymała mnie pielęgniarka tuż przed drzwiami na porodówkę.
Przystanąłem. Mężem... zaraz. Co?
- Ojcem dziecka – odpowiedziałem spokojnie. Wiedziałem, że mnie nie wpuści na taki argument, gdy tylko spojrzała na mnie spode łba. No tak. Uznała pewnie, że zrobiłem dzieciaka, a nawet oświadczyć się nie potrafię. Cóż…
- Przykro mi, ale skoro nie jest pan mężem, nie wejdzie pan dalej – powiedziała lodowato.
Wbrew wszystkiemu odrobinę mi ulżyło. Nie wiem, czy chciałbym oglądać poród. To musi być straszne. Przecież ją zacznie rozrywać. Brrr… Nie, wiem że to może mało męskie, ale raczej nie chciałbym oglądać tego na własne oczy.
- Dobrze. Poczekam tutaj – starałem się nie dać poznać po sobie, że wcale mi to nie przeszkadza. Nachyliłem się do ucha Dor i wyszeptałem:
- Bądź dzielna.
Puściłem jej rękę i pozwoliłem pielęgniarce przeprowadzić ją przez nieskazitelnie białe drzwi porodówki. Na odchodnym Dor rzuciła mi krótkie przerażone spojrzenie…
Tak, wciąż mam przed oczami jej przestraszoną twarz. Ile czasu już minęło? Godzina? Dwie? Te durne drzwi wciąż pozostawały zamknięte. Do znudzenia przestudiowałem ich strukturę. Czarny napis PORODÓWKA tuż nad nimi też zdążył mi już zbrzydnąć. Rany! Ile można rodzić? Czy wystąpiły jakieś komplikacje? Czy coś zagraża życiu dziecka? Nic nie wiem, a najgorsze że nawet gdyby coś się stało i tak nikt mi nic nie powie, bo przecież nie jestem z rodziny. Do chrzanu to wszystko! Jestem ojcem dziecka, czy nie? Dla tego małego brzdąca jestem najbliższą rodziną, ale i tak mnie nie wpuszczą. Durna pielęgniarka, uprzedzona do facetów, którzy mają nieślubne dzieci. Kurwicy można dostać naprawdę. Zacząłem już pisać pamiętnik, na tym skrawku papieru który udało mi się wybłagać od przechodzącej pielęgniarki. Później dorzucę go do reszty pamiętnika. Spoko. Teraz po prostu potrzebowałem się wypisać. Źle mi z tym wszystkim. Gdyby nie ja, Dor nie musiałaby teraz przechodzić przez te wszystkie katorgi. Gdybym zachował się wtedy względem niej inaczej, ale równocześnie… Zdążyłem już pokochać to dziecko, mimo że jeszcze go nie widziałem nawet na oczy. Ciekawe czy już się urodziło. Może właśnie w tej chwili wydaje swój pierwszy wrzask? Pierwsze zaciągniecie się powietrzem? A ja o tym nie wiem… Wspominałem już, że mnie to wkurza? Nie chciałem być przy porodzie, jasne! Ale do jasnej cholery chciałbym mieć informację na bieżąco. Siedzę przykuty do krzesła przed tą durną porodówką i nie jestem w stanie nic zrobić.
Przed chwilą drzwi porodówki się otworzyły, myślałem że to Dor, ale nie… Wywieźli jakąś inną kobitkę. Chwilę później w mniejszym łóżeczku wyjechał goły, świeżo narodzony czerwony bobas z… blee czy mój pępek też tak wyglądał jak się urodziłem. Masakra, co to jest? Może to dziecko jest na coś chore? Ech…

~*~

Dobra. Jednak to jest normalne u noworodków. Moje dziecko też takie coś ma. Wyjechała właśnie Dorcas. Jest już grubo po siódmej rano… Tyle godzin się męczyła.  Wywozili ją na łóżku szpitalnym prawie nieprzytomną. Nie jestem pewny, czy w ogóle rejestrowała co się wokół niej dzieje. Wstałem i podbiegłem do łóżka na którym leżała, pielęgniarka jednak niedbale mnie odepchnęła:
- Ma za sobą ciężki poród. Były pewne komplikacje. Proszę dać jej spokój. Odwiedziny znajomych – to słowo powiedziała ironicznie patrząc na mnie nieprzyjemnie.  – dopiero od jutra. Teraz trzeba dać jej odpocząć.
Tyle. Kropka. Odjechała. Chwilę po niej wyjechał bobas. Serce zabiło mi mocniej. Przede mną znajdował się czerwony bobas, to był pierwszy raz kiedy zobaczyłem mojego… synka? Nie… Dzidziuś którego wywieźli wcale nie miał małej trąbki i jajeczek. To była dziewczynka. Mam córkę! CÓRKĘ. Podszedłem bliżej i za zgodę młodej pielęgniarki – nie muszę wspominać że o wiele przyjaźniej nastawionej – przyjrzałem się jej bliżej. Wiadomo nie mogłem jej wtedy wziąć na ręce. Niestety… Była cudowna. Na główce miała delikatne czarne włoski, po tatusiu, ha! Rany! Ja naprawdę jestem ojcem. Oczy zaś miała w odcieniu głębokiego brązu, zupełnie jak oczka Dori. To było nasze dzieciątko bez wątpienia. Cóż… teraz mi pozostaje czekać do jutra, gdy będę mógł je obie odwiedzić…

~*~



Kiedy pojawiłem się z rana w szpitalu, Dori jeszcze spała. Cóż być może przyszedłem za wcześnie. Nie chcąc jej budzić podszedłem do malutkiego łóżeczka na kółeczkach w którym leżała moja mała królewna. W przeciwieństwie do swojej mamusi już nie spała. Spoglądała swoimi ślicznymi brązowymi oczkami na świat. Tak jakby zastanawiała się, gdzie właściwie jest, co się dzieje i co to za dziwne stworzenie patrzy na nią z góry. W drzwiach pojawiła się ta młoda, miła pielęgniarka, która wczoraj dała mi się przez chwilę napatrzeć na moją córeczkę. 
- Chce ją pan wziąć na ręce? – spytała, stając tuż obok mnie i patrząc na moją ślicznotkę. 
- Nie wiem jak – odpowiedziałem bezradnie. Spojrzałem na swoje duże dłonie, nie wyobrażałem sobie, żebym mógł to maleństwo utrzymać bez wyrządzania jej krzywdy. 
Spojrzała na mnie przyjaźnie i podniosła małą z łóżeczka. Myślałem, że zacznie płakać, ona tylko ciekawie łypnęła na pielęgniarkę. Moja krew. Dzielna dziewczynka.
- Proszę ją wziąć o tak, jedna ręka pod główkę, druga pod pupkę. Wtedy będzie jej wygodnie i na pewno panu nie spadnie – powiedziała podając mi ją ostrożnie. 
Pierwszy raz trzymałem ją wtedy na rękach. Niesamowite. Ze wstydem muszę się przyznać, że poczułem się w tamtej chwili wzruszony. Zdradziecka łza pojawiła się w moim oku znikąd. Uśmiechnąłem się z dumą do mojej malutkiej księżniczki. 
- To może ja pana zostawię samego – stwierdziła z uśmiechem pielęgniarka widząc ile dla mnie znaczy ta chwila. - Proszę tylko powiedzieć pani Meadowes, jak już się obudzi, żeby nie zapomniała małej nakarmić.

Stałem tak przez dłuższą chwilę, wpatrując się w moje maleństwo. Nawet nie zauważyłem w pierwszej chwili, że Dor zdążyła się już obudzić.
- Rose… - wyszeptała zaspanym wzrokiem. Rose? Czy ona właśnie nazwała moją śliczną kruszynkę, Rose? Róża? Serio? Porównywać moją śliczną córeczkę do jakiegoś badyla z kolcami?
- Dor! – zawołałem, nie kryjąc oburzenia. – Chyba nie chcesz jej nazwać Rose! Protestuję – powiedziałem stanowczo. – Przecież do jej pięknych oczek pasuje tylko i wyłącznie… - zawahałem się chwilę, szukając właściwego imienia. – Eva…
- Syriusz! – zawołała, tak jakby dopiero teraz mnie zauważyła. – Co ty tu…
- No jak to co? – zawołałem, nie dając jej dokończyć. Bałem się, że mnie pogoni, czy coś, więc postanowiłem ją rozśmieszyć. - Trzymam moje dziecko na rękach i szczerze powiedziawszy wciąż nie mogę uwierzyć że jest bez ogonka!
Dori tak jak tego oczekiwałem parsknęła śmiechem, po chwili jednak odwróciła ode mnie głowę i zaczęła wpatrywać się tępo w okno. Była smutna, widziałem to na pierwszy rzut oka. Po za tym wyglądała jak wrak. Podkrążone oczy, zaczerwienione gałki oczne. Biedactwo, wciąż nie doszła do siebie po porodzie.
- Jak się czujesz Dori? –  spytałem, podchodząc bliżej i ostrożnie siadając na skraju łóżka, bojąc się by zbytnio nie wstrząsnąć małą. - Mocno cię wymęczyła nasza mała Eva?
Nie odpowiedziała przez dłuższą chwilę. Miałem dziwne i nieodparte wrażenie, że nie jestem kimś, kogo Dor miała ochotę widzieć.
- Dziękuję, że przy mnie byłeś – powiedziała beznamiętnie i wyciągnęła ręce w moją stronę, jednak nie po to żeby mnie przytulić w podzięce, a żeby zabrać mi małą.
- Aa aa aa, tak łatwo ci jej nie oddam. To mój mały skarbek – powiedziałem, patrząc na moją kruszynkę. - A co miałem innego do roboty niż być przy tobie? – dodałem zerkając na Dor. 
Dor przygryzła wargę, opuszczając wyciągnięte ręce.
- Wspierać Jamesa jako drużba – wyszeptała. Serio Dor? Serio? 
Postanowiłem nie obijać dłużej w bawełnę. 
- James mi wybaczy, wie ile dla mnie znaczysz – nie wiedzieć, czemu opuściłem przy tym głowę, bojąc się reakcji Dor. Mogła mnie teraz wyśmiać. Powiedzieć, że jestem kłamcą, albo idiotą, albo cokolwiek innego. Zamiast tego wybąkała tylko:
- Co Ty...ile ja... – jej jąkanie udowodniło mi, że wcale nie byłem skreślony. Miałem jakieś szanse i postanowiłem je wykorzystać.
 - Chcesz mi powiedzieć, że naprawdę nie wiesz dlaczego tutaj jestem? – spytałem dobitnie pogłębiając głos.
Dor westchnęła smutno.
- Syriusz, rozmawialiśmy o tym... Czujesz się w obowiązku, rozumiem Cię. To dlatego nie chciałam Ci nic powiedzieć, żebyś nie musiał być tutaj teraz – mówiła to do własnego brzucha, takie miałem wrażenie, ponieważ głowę miała opuszczoną nisko, nie chciała na mnie spojrzeć. Wyciągnęła ręce ponownie w stronę małej, podnosząc nieznacznie głowę. Zignorowałem to.
- Czy ja ci wyglądam na kogoś kto robi coś tylko dlatego że czuje się w obowiązku? Naprawdę masz mnie za tak rozsądną osobę? – wypaliłem z największą szczerością, na jaką było mnie stać. Przycisnąłem nieznacznie malutką do siebie, w efekcie czego zaczęła płakać. To przypomniało mi o tym, co mówiła pielęgniarka. Mała potrzebowała coś zjeść. – Chyba jest głodna – dodałem, starając się usprawiedliwić jej nagły płacz.
Dori uśmiechnęła się do mnie po staremu. To był ten tak dobrze mi kiedyś znany uśmiech mojej najlepszej przyjaciółki. Bez słowa przyjęła małą, gdy ją jej podałem. 
- Instynkt macierzyński ci się włączył, czy jak? – spytała uśmiechając się z dezaprobatą, na moją nagłą panikę.
Nie chciałem dać się wybić z pantałyku, więc zgrabnie odbiłem piłeczkę.
- A propos instynktu. Nie sądzisz, że powinnaś… No wiesz… Nakarmić małą – mówiąc to spojrzałem wymownie na jej piersi. 
Nie zareagowała specjalnie na moją jawną zaczepkę o podtekście jakkolwiek by na to nie spojrzeć lekko seksualnym. Cóż… Przy dziecku. Brawo Black, dajesz naprawdę zajebiście dobry przykład.
- Nakarmić Rose? – spytała. Rose. Znowu to imię. Wrrr. – Obróć się – powiedziała, rozpinając powoli górne guziki swojej koszuli.
Mrrr…. Zapowiadało się naprawdę nieźle. 
- Naprawdę muuuuuszę? – spytałem rozanielonym głosem. 
- Zbereźnik – mruknęła Dor, patrząc na mnie spod lekko przymkniętych powiek i wykrzywiając usta w moim ulubionym zadziornym uśmiechu.
- No cóż… teraz już wiesz przynajmniej po co tu jestem – posłałem jej perskie oko. 
Meadowes pokręciła głową z dezaprobatą.
- Nieważne - sapnęła podnosząc się na łóżku do pozycji siedzącej. -  To nic, czego byś wcześniej nie widział. Miłego przedstawienia.
Rozchyliła koszulę, ukazując swoją pokaźną nagą pierś. Poprzez ciążę jej biust zrobił się bardziej wydatny niż wcześniej. Patrzyłem jak oczarowany, kiedy przyłożyła do swoich soczystych walorów naszą małą córeczkę, która od razu przyssała się do niej. Przekrzywiłem lekko głowę, żeby lepiej widzieć i uśmiechnąłem się znacząco.
- I za to cię uwielbiam – powiedziałem.
Dori nieznacznie potrząsnęła głową, tak że jej włosy opadły na twarz zasłaniając rumieńce na policzkach. Spod kaskady brązowych paciorków widać było tylko nieznaczny uśmiech. Wyglądała tak cudownie, że aż nie mogłem się powstrzymać.
- Dori, mówiłem ci już kiedyś, że jesteś piękna?
Jej uśmiech stał się szerszy.
- Tak. Raz, na imprezie w szóstej klasie, gdy łyknąłeś za dużo ognistej whisky.
Faktycznie, coś takiego było. Że też nigdy później nie powiedziałem jej żadnego komplementu. Wstyd!
- Hahah, no tak. Ale mogę cię zapewnić że to nie był pijacki bełkot. Znaczy może i był, ale było w tym ziarenko prawdy – mrugnąłem do niej. 
Mała oderwała się od jej piersi. Dori popatrzyła na nią czule.  
- Dobra, przestań już ściemniać i podaj mi tamtą chustkę ze stolika – rzuciła w moją stronę. Nie spuszczając wzroku z jej piersi podałem jej to, o co prosiła. 
Zwinnie wytarła resztki mleka, które wydostały się z jej sutka, po czym powoli, by nie zrzucić malutkiej zapięła guziki koszuli. Szkoda…
- Był Lucas? – spytała Dor, po krótkiej chwili ciszy, która zapadła. No tak… Poinformowała już Lucaska–Kutaska o porodzie, jakżeby inaczej. 
- Nie wiem, nie widziałem go – odparłem nieco z dystansem. Nie spodobało mi się to po prostu. Ukłucie zazdrości pojawiło się znikąd. 
- Miał być… - westchnęła. Ale go nie ma. Na Merlina, po co był jej potrzebny? Nie był ojcem małej, nie był nikim z rodziny, chyba że był…
- Co jest między wami? – wyrwało mi się, zanim zdążyłem się zastanowić.
Dor przyjrzała mi się uważnie, jakby się zastanawiała.
- Sama nie wiem – powiedziała w końcu. A to co miało niby znaczyć? Byli parą, czy nie? Krótka piłka, jak można tego nie wiedzieć. 
- Kochasz go? – znowu palnąłem bez zbędnego myślenia.
Znowu cisza, jakby zawahanie. 
- … tak – odpowiedziała w końcu. 
Wstałem, nie mogłem dłużej przy niej siedzieć. Kochała innego. Koniec. Pierwszy raz w życiu się zakochałem i od razu porażka. Takie moje parszywe szczęście. Trudno. Wyliże się z tego jakoś. Nie może być przecież aż tak ciężko prawda? Z tą myślą stanąłem przodem do okna, a tyłem do Dor. Ach tak… Przecież jestem twardy, czyż nie?
- Ale jak brata – jak przez mgłę dotarł do mnie sens tych słów. Jak brata? Jak brata?  - Nie potrafię pokochać go inaczej…
Automatycznie się odwróciłem i spojrzałem na Dori, która wciąż siedziała na łóżku z małą na rękach. Pomimo widocznego na twarzy Meadowes zmęczenia, obie wyglądały jak z obrazka. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, że mógłbym je oddać jakiemuś Lucaskowi – Kutaskowi. Co to to nie. Nie kochała go. Miałem szansę. Musiałem tylko spróbować.
- Dor... Chciałbym ci coś powiedzieć – powiedziałem, tym razem w pełni świadomy swoich słów i tego co miałem zamiar za chwilę powiedzieć. Serce zaczęło mi walić jak oszalałe. Ręce zaczęły się pocić.
W tym momencie mała Eva zaczęła delikatnie kwilić. Dor nie reagując na moje słowa, zaczęła ją delikatnie kołysać i nucić cichutko jakąś melodyjkę. Po chwili Eva się uspokoiła. Uznałem to za znak, że powinienem kuć żelazo póki gorąco.
- Tylko nie wiem jak ująć to wszystko w słowa...  – kontynuowałem swoją poprzednią myśl. - Znasz mnie, jestem raczej typem faceta, który nie lubi zobowiązań, który ma na wszystko zlewkę. Pobawić się, a później zostawić, ale... – zawahałem się na moment. Wziąłem głęboki wdech i wypaliłem. - Z tobą jest inaczej. Cholera! O tobie nie mogę przestać myśleć. – Dor zamarła i  uniosła na mnie wzrok. - Myślę o tobie kiedy wstaje, kiedy jadę na motorze, prawie bez przerwy. Kiedy ze mną nie rozmawiałaś cały grudzień, nie mogłem tego znieść. – Meadowes zacisnęła usta. Starałem się nie zniechęcać. -  Dor, ja nie sądziłem że się kiedykolwiek zakocham, ale stało się…. Kocham cię z całego serca – palnąłem najszczersze wyznanie w całym moim durnowatym życiu.
W oczach Dori pojawiły się łzy.
- Syriusz, ja… - zaczęła jednak nie dokończyła. Jej głos drżał. Nie byłem pewny co powinienem o tym sądzić. Czułem się odsłonięty. Jeszcze nigdy przed nikim nie zdarzyło mi się tak otworzyć. To nie było miłe odczucie.
- Oczywiście zrozumiem, jeśli mnie nie zechcesz, nie zasłużyłem na to… Na ciebie… - bąknąłem skrępowany. Przestawałem siebie poznawać, to było naprawdę dzikie. Czułem, że muszę zniknąć, wyparować, zapaść się pod ziemię. 
Dori parsknęła smutnym śmiechem. 
- Na mnie? Jestem nikim – miałem ochotę głośno zaprotestować, nie chciałem jej jednak przerywać. Też coś nowego, prawda? Porażka na całej linii. – Syriusz… Ja naprawdę nie chciałam się w tobie zakochać… - spojrzałem na nią nie do końca rozumiejąc co ma na myśli, czy to była forma wyznania? Czy jak? – Nienawidziłam cię z całego serca za to jak potraktowałeś mnie i Rose – jednak mnie nienawidziła… - A potem znów się pojawiłeś i gdy wszystko było na dobrej drodze do ułożenia się… Znów to zniszczyłeś – spuściłem głowę w dół. Miała rację. Nie zachowywałem się zbyt uczciwie względem ich obu… - Znów mnie zraniłeś. Nie chciałam nic czuć. Naprawdę nie chciałam… - jej głos zaczął się łamać. – Ale nie potrafię udawać, że cię nie kocham. 
Uniosłem głowę patrząc na Meadowes tak jak jeszcze nigdy. Zapewne miałem w tym momencie oczy szaleńca. Wróciłem na swoje wcześniejsze miejsce, usiadłem z powrotem na skraju łóżka i wpatrywałem się w Dor jak urzeczony. Ona mnie kochała. Tak owszem, nie chciała mnie, ale mnie kochała. A to oznaczało, że miałem maleńką, drobną szansę - ale zawsze - na odrobinę szczęścia w życiu. Na Merlina, no! Znowu piszę jak potłuczony. Ta cała miłość naprawdę ma na mnie zły wpływ. 
- Co z tym zrobimy? – spytałem cicho.
- Kocham Cię - wyszeptała, patrząc mi prosto w oczy, a w mojej klatce piersiowej poczułem nagłą lekkość i błogość.  - Ale już nie chodzi tylko o mnie. Rose... jeśli byś nas znów zostawił...
Spojrzałem na małą. Była taka maleńka i bezbronna. Potrzebowała silnego ojca, który byłby w stanie się nią zająć i który odgoniłby ewentualnych zalotników, którzy mieliby względem niej złe zamiary.
- Nie martw się o Evę...  – powiedziałem, kładąc nacisk na imię. - Kocham zarówno ciebie jak i ją... Nigdy więcej was nie zawiodę, obiecuję – miałem najszczerszą nadzieję, że tak rzeczywiście będzie. Dor zaczęła szlochać i przytuliła naszą córeczkę bardziej do siebie. Nie mogłem się powstrzymać i objąłem je obie. Malutka nie zaprotestowała, podobnie jak jej mama. Wziąłem to za dobry znak.
- Ciii nie płacz Dori... Możemy razem dać szczęście Evie, może mieć jeszcze dwoje kochających rodziców – skąd ja brałem wtedy wenę na takie piękne słowa, nie mam pojęcia. 
- Nie znoszę imienia Eva – wyszeptała mi do ucha. Parsknąłem śmiechem.
- A ja nie znoszę Rose... – odszepnąłem. 
Drzwi sali się otworzyły i w wejściu pojawiła się ta sama pielęgniarka, która prosiła mnie o przypomnieniu Dori o karmieniu. Spojrzała na całą naszą wtuloną w siebie trójkę z uśmiechem. 
- Przepraszam, że przeszkadzam. Muszę małą zabrać na badania – powiedziała przepraszającym tonem, podchodząc do nas powolutku.
- Dobrze – powiedziała Dori wyplątując się z moich ramion i podając małą Evę vel Rose sympatycznej pielęgniarce. Patrzyliśmy za naszym małym szkrabem i pielęgniarką, dopóki nie wyszły z sali. 
Ponownie przytuliłem Dor. Odnajdywałem w tym nie małą satysfakcję, że daje mi się przytulać bez żadnego najmniejszego protestu.
- Cóż, będzie trzeba wymyślić inne imię – stwierdziłem po chwili, przerywając ciszę. - Co powiesz na Lizzie?
Skrzywiła się i spojrzała na mnie spode łba.
- Lizzie? jedna z Twoich panienek tak miała na imię – rzuciła oskarżycielsko, jak obrażona kotka. Oho! Ktoś tu był zazdrosny. Lizzie… Lizzie… Wstyd się przyznać, ale nie kojarzyłem jej wcale.
- Serio? – spytałem z nieukrywanym zdziwieniem. - Widzę, że jesteś poinformowana lepiej ode mnie – wyszczerzyłem wszystkie zęby. - To jakie imię proponujesz?
- Pamiętam je wszystkie - mruknęła, groźnie mrużąc oczy. Oho! Wyczuwałem nutkę groźby. Musiałem staranniej dobierać imiona. - Ona jest wyjątkowa, taka malutka, niewinna... JAK GAŁĄZKA OLIWNA. 
Gałązka oliwna… Coś w tym jest. Symbol pokoju, pojednania, nadziei,  a nawet zwycięstwa. Czy nasza mała córeczka tym wszystkim dla nas nie była? Gdyby nie ona, gdyby nie ta noc sprzed ośmiu miesięcy, nie byłoby tu nas… Być może nigdy nie dowiedzielibyśmy się o swoich uczuciach do siebie. Tak. Zdecydowanie była naszą nadzieją, pojednaniem i zwycięstwem.
- Gałązka oliwna, mówisz? No to może Olivia? – nasunęło mi się na myśl. W duchu miałem nadzieję, że zaraz nie okaże się, że jakaś moja była miała tak na imię. Weryfikacja Dor przebiegła chyba jednak pomyślnie, bo uśmiechnęła się i wyszeptała cicho:
- Olivia Meadowes…
- Olivia Black!!! – sprostowałem szybko. To było przecież normalne, że dziecko przyjmowało nazwisko ojca. W chwili gdy wypowiedziałem to imię, wiedziałem już że brzmi właściwie. 
Dori zaśmiała się krótko, po czym położyła głowę na moim ramieniu.
- Podoba mi się Olivia.
Położyłem łepetynę na wtulonej we mnie główce Dor. 
- Mi też. To co postanowione? – spytałem.
- Olivia Meadowes-Black – powiedziała triumfalnie Dorcas.
O nie! Na to przystać nie mogłem. Brzmiało jakby była już po rozwodzie, albo czymś takim. Zresztą podwójne nazwisko. Naprawdę istniała taka konieczność? 
- Nie... Samo Black – powiedziałem stanowczo.
- O nie mój drogi – powiedziała czule. – Miałeś w nią taki sam wkład jak ja.
No cóż. Miała trochę racji. Nie chciałem jednak, żeby mała była napiętnowana byciem bękartem. Właściwie zdecydowanie nie zasłużyła sobie na to, żeby być bękartem. Nie zastanawiając się co robię wstałem z łóżka i uklęknąłem przed Dori.
- Czy ty Dorcas Meadowes zgodzisz się na to by nasza córka przyjęła moje rodowe nazwisko i oficjalnie została moją pierworodną córką, najpiękniejszą ze wszystkich, bo przecież nie może być inaczej. Chciałbym również zapytać, czy zgodzisz się przyjąć tytuł jej oficjalnej matki, pani Dorcas Black?
Dori uśmiechnęła się głupkowato, patrząc na mnie jak na idiotę.
- Oszalałeś? – spytała i wybuchła niekontrolowanym śmiechem.
- Możliwe, to chyba najbardziej denne oświadczyny o jakich słyszałem – odparłem i zacząłem się śmiać podobnie jak ona. Wróciłem na łóżko, przytulając tą wredną, śmiejącą się ze mnie osobę i wyszeptałem. - Mimo to podtrzymuję pytanie.
- To nasz nowy początek? – spytała przysuwając swoją twarz do mojej.
- Tak… Zupełnie nowy. Ty, ja i nasza mała Olivia – odparłem szeptem, czując na swojej twarzy jej oddech.
Dori zachichotała.
- Nowy początek, a już zdążyliśmy posprzeczać się o imię i nazwisko dziecka. Myślisz, że to może się nam udać? – ostatnie pytanie zadała nieco poważniej.
- Nikt nigdy nie powiedział, że będzie łatwo – odpowiedziałem wzruszając ramionami i uśmiechając się czule.
- Możemy spróbować - szepnęła i musnęła delikatnie swoimi ustami moje. Objąłem ją i przytrzymując jej głowę, nie pozwoliłem na to, by jej usta zdążyły się oderwać od moich. Oddałem pocałunek. Rozchyliła delikatnie wargi i zatraciliśmy się na dłuższą chwilę w zachłannych i namiętnych pocałunkach, których tak nam przecież brakowało przez ostatnie osiem miesięcy.

Koniec.
Kurtyna w dół. Od dziś zamierzam być szczęśliwy, a szczęśliwi nie mają po co pisać pamiętników. Pamiętniki pisze się tylko i wyłącznie żeby przelać na papier trapiące nas myśli. Nie mam zamiaru już się zamartwiać. Jakkolwiek utopijnie to nie zabrzmi odnalazłem szczęście. Dorcas i Olivia to teraz moje oczka w głowie. Uroczyście przysięgam, że nie schrzanię tego. Kropka.

Żegnam.
Syriusz Black, we własnej osobie.

___________________

Było ciężko. Nawet bardzo. Ale skończyłam. Rozdział ma w wordzie bez odstępów 15 stron. Z odstępami to już w ogóle ponad 20. Nacharowałam się przy tym rozdziale, jak jeszcze przy żadnym. Pisałam go strasznie długo. Wiem. Przepraszam... Miałam trochę na głowie, jeśli w jakimkolwiek stopniu mnie to usprawiedliwi. Na początku roku skończyłam 2,5 letni związek. Wróciłam do poprzedniego ex na jakiś czas... Później... Później było już tylko bardziej burzliwie... Nie będę wam tutaj smęcić o swoich dosyć dziwnych ekscesach ostatnich kilku miesięcy. Fakt, faktem że o blogu nie myślałam wcale. 
Żeby zmiękczyć nieco wasze serduszka dodam może, że pisałam pieczołowicie cały weekend zamiast uczyć się na jutrzejsza poprawę i egzamin który mam we wtorek...
Jako że jest to już ostatni rozdział. Chciałabym się z wami pożegnać. Dziękuję wszystkim tym którzy zostali z nami do końca i mimo upływu pół roku bez żadnego znaku życia, wciąż pamiętają o naszej historii.

Dziękuję wam wszystkim za to że byliście, komentowaliście, przeżywaliście tą historię razem z nami.

Anaisse - dziękuję za wspólną pracę nad tym blogiem. Gdyby nie ty zapewne bym się poddała i nie skończyła tego ostatniego rozdziału. Z drugiej strony wcześniej dawałam wszystko punktualnie, ty się spóźniałaś, więc na końcu wyszła przypadkowa mała zemsta. No cóż.... Sorki? xD 

Żegnajcie, trzymajcie się i hm... Oceniajcie, czy przypadkiem nie skiepściłam tego finałowego rozdziału.